Ona przeszła przeszkolenie medyczne w okupowanej Warszawie. Uczyli ją instruktorzy konspiracyjnych Szarych Szeregów. Siedemdziesiąt lat później on edukował się w Stanach Zjednoczonych na zaawansowanym kursie dla paramedyków sił specjalnych. Oboje są ratownikami pola walki. Ona pomagała w czasie wojny w Warszawie. On na misjach w Macedonii, Iraku i Afganistanie. Mimo różnicy wieku doskonale rozumieją się rozmawiając o tym, co dziś nazywamy Tactical Combat Casualty Care (TCCC), a kiedyś „zasadami ratowania rannego żołnierza”.


– „Brzuchy” dają się ratować? Bo u nas, jak ktoś w brzuch dostał, to w większości wypadków był koniec – pyta Halina Jędrzejewska ps. „Sławka”, sanitariuszka z batalionu Armii Krajowej „Miotła”.
– Jak szybko wdrożę profilaktykę antybakteryjną, powstrzymam krwawienie, a poszkodowany trafi na stół operacyjny w FST (forward surgical team – wysuniętym zespole chirurgicznym), jest duża szansa, że uratujemy rannego – odpowiada „Wir”, pierwszy Polak, który ukończył Special Operations Combat Medic, zaawansowany kurs dla medyków sił specjalnych USA, paramedyk z Jednostki Wojskowej Komandosów w Lublińcu.
Siedzimy u pani Haliny. Mieszkanie znajduje się w przedwojennej kamienicy. Tu „Sławka” się urodziła, urządzała konspiracyjne spotkania. Z tego mieszkania wyszła walczyć w Powstaniu Warszawskim. Na starym, stylowym stole ustawiono klasyczną zastawę, platerowane sztućce. Jest kawa, herbata, ciasteczka, coś do przekąszenia. Pewno tak przed wojną przyjmowało się gości w mieszkaniach warszawskiej inteligencji.

1

Spotkanie w mieszkaniu „Sławki”. Fot. Piotr Bławicki

Gospodyni krząta się w kuchni, „Wir” jej pomaga. Przy stole kilku doświadczonych specjalsów z Lublińca: „Mrówki”, „Piachu”, „Nowy” i „Rudy”. Korzystając w wolnego czasu odwiedzili „Sławkę”.
Na mocy niedawnej decyzji MON lubliniecka jednostka dziedziczy tradycje batalionu „Miotła”. Zadanie to dostał zespół bojowy, w którym służą goście pani Haliny. Po etapie oficjalnych spotkań przyszedł czas na zacieśnianie więzi. Stąd zaproszenie od sanitariuszki.

Krzyż Walecznych za dzielność

Halina Jędrzejewska urodziła się w 1926 r. Jej ojciec był urzędnikiem Ministerstwa Komunikacji. Rodzina mieszkała na Ochocie. Młoda Halinka chodziła do pobliskiego gimnazjum im. Słowackiego. Tam działała w drużynie harcerskiej.
5 września 1939 r. z rodziną wsiadła do pociągu ewakuacyjnego jadącego na południowy wschód Polski. Pod Równem transport zbombardowały niemieckie samoloty.
– Miałam 13 lat. Pierwszy raz widziałam zabitych i rannych. Byłam przerażona. Wtedy powiedziałam sobie, że muszę być przygotowana na to, aby w takich sytuacjach nie stać bezczynnie. Postanowiłam, że będę lekarką – wspomina.
Gdy kampania wrześniowa się zakończyła, z matką znalazły się na terenach okupowanych przez Sowietów. Do Warszawy udało się im przedrzeć dopiero 1 maja 1940 r. Rozszabrowane mieszkanie od nowa urządzał już ojciec z siostrą.
Znowu zaczęła chodzić do dawnego gimnazjum, Niemcy pozwolili bowiem na funkcjonowanie takich szkół. – Praktycznie cała drużyna harcerska znowu się spotykała na tajnych zbiórkach. Chciałyśmy coś robić, malowałyśmy na murach napisy „Hitler kaput”, „V” jak „Victoria”, później „Pawiak pomścimy”. Przeszłam wtedy szkolenie z topografii miasta i zostałam łączniczką – opowiada.
Wiosną 1942 r., w ślad za starszą siostrą, trafiła do Konfederacji Narodu, podziemnej organizacji, która rok później połączyła się z Armia Krajową.

2

„Sławka” w mundurze „Wira”. Fot. Piotr Bławicki

– To już była poważna sprawa. Szkolenie z bronią, przygotowania do zbrojnego wystąpienia przeciw Niemcom. Gdy dowódca zapytał mnie, jaką chciałabym mieć specjalność, bez wahania odparłam, że chcę być sanitariuszką – mówi.
Została przydzielona do kilkuosobowego patrolu sanitarnego kpt. Franciszka Mazurkiewicza ps. „Niebora”, dowódcy „Miotły”. Walczyła w czasie Powstania Warszawskiego. Dwukrotnie otrzymała Krzyż Walecznych.
Po kapitulacji trafiła do obozu jenieckiego. Po wyzwoleniu, przez Holandię trafiła do Wielkiej Brytanii. Została skierowana do Pomocniczej Służby Kobiet w Polskich Siłach Lotniczych. Mogła zacząć studia medyczne w Dublinie, ale pierwszym transportem, w lipcu 1946 r., wróciła do Polski. Jesienią tego roku zaczęła studiować medycynę. Po uzyskaniu dyplomu ortopedy-chirurga urazowego, w 1952 r. podjęła pracę w klinice ortopedycznej w Warszawie. Zrobiła specjalizację drugiego stopnia, obroniła doktorat.
Od lat działa społecznie w środowisku „Miotły”, od kilku kadencji jest wiceprzewodniczącą Zarządu Głównego Związku Powstańców Warszawskich.

Różny sprzęt, takie same zasady

Na spotkanie ze „Sławką” „Wir” przywiózł swój plecak medyczny, wielokrotnie przetestowany w Afganistanie.
– Pan udzieli pomocy w każdych warunkach! Wszystko co potrzebne jest w jednym, małym plecaczku. Choć to bardzo ciężkie! Z moją drobną sylwetką miałabym problem, żeby z nim biegać. A to co?
– To granat. Dymny. Dzięki niemu pilot śmigłowca ratowniczego wie, w którym miejscu ma lądować, widzi z jakiego kierunku i jak silny jest wiatr. Proszę spojrzeć na tę laminowaną wstęgę.
Paramedyk rozkłada długi, laminowany pasek podzielony na różnokolorowe odcinki. Wystarczy go porównać ze wzrostem małego pacjenta i z odpowiedniej tabeli odczytać najważniejsze informacje dotyczące opieki nad poszkodowanym oraz dawki najczęściej stosowanych leków.
– Bardzo fajne i proste rozwiązanie. Nie musi pan się męczyć z obliczaniem odpowiednich proporcji leków – z uznaniem mówi pani doktor.
Dodaje, że przy tym czego słucha i co ogląda, trochę wstyd opowiadać o przeszkoleniu i wyposażeniu medyków Armii Krajowej. Konspiratorzy mieli do dyspozycje ręce i torby sanitarne z podstawowym wyposażeniem, m.in. opatrunkami jednorazowymi, bandażami, gazą jałową, plastrem, chustą trójkątna, wodą utlenioną, gencjaną, riwanolem.

6

„Sławka” rozmawia z „Wirem”. Fot. Piotr Bławicki

Szkolenia prowadzono w mieszkaniach. Instruktorzy skupiali się na najważniejszych procedurach: jak tamować krwotoki, na jak długo zakładać opaski uciskowe, jak robić zastrzyki domięśniowe i dożylne.
– Pakowano w nas wiedzę praktyczną. Na polu walki nie ma czasu na teoretyzowanie. Rannego trzeba wyciągnąć spod ognia. Dowolnym sposobem. Najbezpieczniejsze jest czołganie i ciągnięcie za sobą poszkodowanego. Dopiero w miejscu bezpiecznym można przełożyć go na nosze lub koc. Krytyczne znaczenie ma szybkie dostarczenie do szpitala – mówi sanitariuszka.
Opowieści sanitariuszki „Wir” przekłada na współczesny język medyków pola walki. Care Under Fire to nic innego, jak działania, które młode dziewczyny miały podejmować pod ostrzałem. Tactical Field Care – etap pomocy w bezpieczniejszym terenie. W końcu Tactical Evacuation Care, czyli pomoc w trakcie ewakuacji, gdy ranny transportowany był do polowego szpitala.

„Sławka” wspomina, a paramedyk tłumaczy jak dziś określa się poszczególne działania.
– Oczywiście teoretycy znajdą mnóstwo rozbieżności. Ja jednak nie widzę jakiejś ogromnej różnicy w filozofii niesienia pomocy rannym. Mówi pani o tym, co do dziś jest najważniejsze. Opanować krwotok, udrożnić oddech, jak najszybciej przekazać na wyższy poziom ewakuacji – uzupełnia „Wir”.
W trakcie spotkania Halina Jędrzejewska przypomina fenomen konspiracyjnej służby zdrowia. W sterroryzowanej przez Niemców Warszawie należało zapewnić najlepszą, możliwą w takich warunkach, pomoc dla rannych. Duże operacje specjalne zabezpieczali lekarze. Czuwali w umówionych mieszkaniach, w samochodach.
Wcześniej typowano szpitale gotowe do przyjęcia konspiratorów. – Konieczna była legenda dla każdego rannego. Często był to „upadek z drabiny”, „wypadek samochodowy”. To, co usprawiedliwiało pobyt młodego chorego na oddziale chirurgicznym. Niemcy okropnie bali się tyfusu, więc na takich oddziałach często ukrywano chłopaków. Było to możliwe, bo prawie cały personel szpitali warszawskich, od lekarzy po pracowników pomocniczych, działał w konspiracji – przekonuje „Sławka”.

5

„Wir” pokazuje „Sławce” zawartość plecaka medycznego. Fot. Piotr Bławicki

 

Młodziutka dziewczyna miała świadomość ryzyka i wysokiej stawki, jaką być może przyjdzie zapłacić za walkę o wolną Polskę.
– Kiedyś dostałam polecenie sprawdzenia, co dzieje się z jedną z naszych łączniczek. Została aresztowana, katowali ją granatowi policjanci. Nikogo nie wydała. Ponieważ była bezużyteczna dla okupantów, organizacji udało się ją wykupić za sporą łapówkę – wspomina.
W mieszkaniu uratowanej łączniczki „Sławka” zobaczyła dziewczynę leżącą na łóżku. Jej plecy wyglądały jak kotlet siekany, całe były w podłużnych ranach. Jakby je ktoś skrupulatnie ciął nożem: – Zrobiło to na mnie potworne wrażenie.

Ratujesz nie licząc na wdzięczność

Czas próby przyszedł wraz z wybuchem Powstania Warszawskiego. Skończył się wtedy kilkuletni okres działań o charakterze specjalnym, prowadzonych przez wyselekcjonowane oddziały Armii Krajowej. Zaczęła się otwarta walka z Niemcami.

– Pierwszą ranną, której udzielałam pomocy była młoda dziewczyna z prawie oderwaną nogą. Kończyna trzymała się tylko na ścięgnach – opowiada.
Bardzo ciężko przeżyła przypadek rannego erkaemisty. Gdy się do niego doczołgała, leżał na brzuchu. Na plecach miał wielką dziurę: – Odwróciłam go, żeby sprawdzić czy żyje. Oddychał. Udało się go dociągnąć w bezpieczne miejsce i szybko dostarczyć do szpitala Jana Bożego. Umarł na stole operacyjnym.
Najlepiej pamięta sytuacje związane z udzielaniem pomocy dzieciom. Dokładnie może opisać każdy skomplikowany przypadek, zarówno z czasów Powstania Warszawskiego, jak i lat pracy w szpitalu.
– Mówi pani moim językiem! Ja też potrafię z fotograficzną dokładnością opowiedzieć o każdym takim zdarzeniu. Afgańska prowincja rządzi się barbarzyńskimi prawami. Katując córkę ojciec mści się na matce, która np. nie chciała z nim współżyć. Potem mieliśmy wezwania typu „dziecko postrzeliło się w brzuch z kałasznikowa”, „dziewczynka oblała się benzyną i podpaliła”. Mogę dokładnie odtworzyć każdą sekundę lotu śmigłowca i poszczególne etapy niesienia pomocy – wyjawia „Wir”.

4

„Sławka” przymierza mundur „Wira”. Fot. Piotr Bławicki

Pomimo różnicy wieku i doświadczenia wyraźnie widać, że „Sławka” świetnie rozumie dylematy współczesnych medyków. Wie też, że ratowani nie zawsze doceniają poświęcenie ludzi, którzy niosą im pomoc.
– Kolega z oddziału został ranny w czasie desantu kanałami ze Starówki na Plac Bankowy. Była noc, dostał w ramię. Miał krwotok tętniczy, z niedużej rany krew tryskała jak z małej fontanny. W ciemności, w kanale założyłam mu opaskę uciskową i opatrunek na ranę. Po kilku latach spotkaliśmy się na Wojskowych Powązkach. Miał do mnie pretensje, że źle go opatrzyłam i dlatego ma niedowład ręki. Tłumaczyłam, że nie mogłam zrobić nic więcej. Kula spowodowała porażenie nervus radialis, nerwu promieniowego – wspomina sanitariuszka.
Po jakimś czasie znowu się spotkali i dawny pacjent przeprosił za gwałtowne słowa. – Mimo to było mi bardzo przykro. Wtedy w kanale zrobiłam wszystko co w mojej mocy. A on miał sporo szczęścia, mogła wdać się zgorzel, a to groziło amputacją kończyny, a nawet śmiercią – podsumowuje pani Halina.
– Takie urazy zdarzają stosunkowo często, nawet złamanie kości ręki może spowodować porażenie nerwu promieniowego. Uszkadza go też nie tylko mechaniczny uraz po kuli, ale również fala uderzeniowa spowodowana jej przejściem przez ciało – dodaje „Wir”.
On także ratował rannego z podobnym urazem.
– Nocą zaatakowano naszych żołnierzy stacjonujących w dystrykcie Adżiristan w Afganistanie. Polak dostał w lewą rękę. Polecieliśmy po niego śmigłowcem medycznym. Rękę udało się ocalić, ale niedowład pozostał – opisuje paramedyk.

Fajny kucyk i mundury

Pani Halinie podobają się polowe mundury specjalsów. Sprawdziła nawet czy wygodnie się je nosi. Cieszy się, że na ramionach widać symbole „Miotły”. Pyta jak to możliwe, że „Nowy” ma włosy spięte w „taki fajny kucyk”.

– Nam pozwalają – krótko odpowiada specjals.
Widać, że mimo ciężkich wojennych przejść, dawna sanitariuszka ma niezwykle pogodne usposobienie.
– Wojna wyryła na nas trwały ślad. W moim przypadku dała też doświadczenia, dzięki którym byłam skutecznym lekarzem. To procentowało w czasie ostrych dyżurów. Kiedyś w nocy przywieziono mężczyznę. Wpadł pod tramwaj, nawet w czasie wojny nie widziałam tak strasznych ran. Na wszystkich zrobiło to wrażenie. Na mnie też, ale potrafiłam wziąć głęboki oddech i na chłodno podjąć działania – wspomina pani doktor.

3

Weteranka ze specjalsami w tle. Fot. Piotr Bławicki

Czas ucieka szybko, pora się żegnać.
– Następnym razem przyjadę z żoną. Chciałaby dokończyć rozmowę rozpoczętą w czasie Wigilii „Miotły” – zapowiada „Mrówki”.
– No tak. Rozmawiałyśmy jak się żyje u boku kogoś, kto nie może mówić o tym co robi poza domem. Pamiętam, jak przeżywała to moja rodzina. U was z pewnością jest podobnie. Proszę wpadać, gdy będziecie w Warszawie – uśmiecha się „Sławka”.

Przeczytaj więcej:


* „Miotła” najlepsza do sprzątania śmieci

* O wigilijnym spotkaniu środowiska batalionu „Miotła”

* O 70 rocznicy powstania „Miotły”